Wycieczka w Bieszczady
05-09.05.2015 r.

Drogie Żonkilanki !

Czy zastanawiałyście się kiedykolwiek skąd pochodzi nazwa Bieszczady, jak wyglądają wiosną ? Odpowiedź na te pytania próbowała znaleźć grupa koleżanek z naszego Stowarzyszenia, która wyruszyła w kilkudniową wycieczkę właśnie w te tereny. Tym, które nie były należy się wyjaśnienie. Nazwa Bieszczady pochodzi od wyrazów: biesy i czady. Były to najzwyczajniej krótko mówiąc: diabły, które zawsze kręciły się wokół ludzi.. Pierwsze z nich biesy miały w naturze swojej psocenie i przeszkadzanie, a drugie to czady sympatyzowanie i pomaganie ludziom. Koniec tytułem wstępu, a teraz to już po kolei.

5 maja 2015 roku - godzina 8.00 - urząd dzielnicy Warszawa Bemowo. Wyruszamy na upragnioną wycieczkę. Czekałyśmy na nią bardzo długo. Aż wreszcie to co było naszym utęsknieniem staje się wreszcie faktem już realnym. Wyjeżdżamy w dobrych humorach pozostawiając na kilka dni miasto Warszawę i swoich bliskich. Co nas czeka w najbliższych dniach to po prostu tego nie wiemy, ale wiemy jedno iż mamy zapewnioną w 100% pogodę, a dalej cała reszta to ..

Pierwszy przystanek to Sandomierz. Miasto cudne, położone nad Wisłą, na siedmiu wzgórzach i dlatego nazywane przez przewodników "małym Rzymem", leżące na granicy Wyżyny Sandomierskiej. Zabytków do zwiedzania dużo, a czasu mało. Mimo tego, jednak udało się nam coś nie coś zobaczyć. Niektórym z nas udało się również "złapać" filmowego Ojca Mateusza czyli Pana Artura Żmijewskiego głównego bohatera i "strzelić" sobie razem z Nim fotkę. No cóż nie każda z nas ma to szczęście. Po całym dniu jazdy i kilkugodzinnej podróży dotarłyśmy wreszcie do Leska miejsca naszego zakwaterowania, by móc dać wytchnienie naszym zbolałym nogom i kręgosłupom. Mówiąc krótko: zmęczenie dało się we znaki wszystkim bez wyjątku. Należy się więc zasłużony odpoczynek. Musimy iść spać, by następnego dnia rano wstać i zaraz po śniadanku ruszyć dalej w miejsca zaplanowane przez przewodnika.

6 maja bieżącego roku - drugi dzień wycieczki. Zaraz po śniadaniu i wypoczęte po trudach podróży z poprzedniego dnia, w wesołych humorach wyjechałyśmy autokarem na obwodnicę bieszczadzką. Przerwą w czasie podróży była karczma Siekierezada, w miejscowości Cisna. Jest to najbardziej znana knajpa w Bieszczadach. Znajduje się w niej dużo licznych rzeźb a także i obrazów o iście diabelskiej tematyce. Jednak szczególny klimat tego miejsca tworzą siekiery, które są praktycznie w każdym miejscu tego lokalu. Po wypiciu kawy w tak urokliwym miejscu wyruszyłyśmy dalej (każda z nas w swoim rytmie), by dojść do bacówki pod Małą Rawką. Znajduje się ona na wysokości 930 m n.p.m. Mimo, że było w niektórych momentach ciężko i dech zapierało w piersiach to jednak warto było wdrapać na samą górę, by zobaczyć przepiękne widoki. Bieszczady skąpane w wiosennym słońcu, a w wySszych partiach gór leżący jeszcze śnieg. Wiosna w Bieszczadach jest naprawdę piękna tak samo jak i inne pory roku. W drodze powrotnej do schroniska w Lesku, które służyło nam za dom w czasie pobytu w Bieszczadach, zatrzymałyśmy się jeszcze w Czarnej Górze, by zwiedzić cerkiew greckokatolicką pod wezwaniem świętego Wielkiego Męczennika Dymitra. Po wysiedleniu ludności miejscowej w latach 1947-1951, a po przybyciu nowych osadników tych ziem ów cerkiew została zmieniona na kościół parafialny wyznania rzymsko - katolickiego.

7 maja to już kolejny trzeci dzień naszej wycieczki i na trasie naszego zwiedzania "staje" miejscowość Myczkowce. W miejscowości tej zwiedziłyśmy Ogród Biblijny i Centrum Kultury Ekumenicznej, które znajduje się w parku wraz z miniaturami cerkwi, które w rzeczywistości znajdują się na terenie całych Bieszczad. Do Ogrodu Biblijnego weszłyśmy przez ozdobną furtkę, która w religii jest symbolem Bramy Niebieskiej. I tak chodząc dalej po Ogrodzie po głównej alei wraz z przylegającymi do niej bocznymi alejkami podziwiałyśmy dalsze jego części przedstawiające sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Następnie udałyśmy się do Polańczyka Zdroju, gdzie odwiedziłyśmy kościół - sanktuarium Matki Bożej Pięknej Miłości, które wcześniej było cerkwią greckokatolicką pod wezwaniem świętego Paraskiery. W sanktuarium na szczególną uwagę zwróciłyśmy na główny ołtarz z ikoną Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus z I połowy XVIII wieku. Rzut beretem od Polańczyka Zdroju dla nas Żonkilanek kolejna miejscowość do zwiedzania - Solina. Zobaczyłyśmy ogromną zaporę na rzece San (jednak robi wrażenie) przechadzając się po jej koronie. Po takim spacerze udałyśmy się na chwilowy odpoczynek poprzez płynięcie sobie stateczkiem "Tramp" po Jeziorze Solińskim.
Wieczorem zaś bawiłyśmy się przy muzyce na żywo. Były tańce, wspólne śpiewanie oraz dobre jedzonko.

W przedostatnim dniu tj. 8 maja po smacznym śniadanku, w dobrych humorach, ale zapewne troszeczkę już zmęczone przybyłyśmy do Komańczy - ostatniego miejsca internowania księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Przybywając tutaj miałyśmy możność nawiedzenia kaplicy sióstr nazaretanek, gdzie choć na moment się wyciszyłyśmy. Mimo remontu klasztoru sióstr i innych pomieszczeń zobaczyłyśmy również Izbę Pamięci Prymasa Tysiąclecia, która choć w małym wymiarze dała nam poznać raz jeszcze Jego wielkie dziedzictwo. Po wartościach duchowych, które doznałyśmy w Komańczy wróciłyśmy do naszej szarej rzeczywistości i udałyśmy się do Sanoka - miasta położonego w dolinie rzeki San. Tam w Muzeum Historycznym zwiedziłyśmy wystawę, a zarazem kolekcję ikon, które według historyków sztuki należą do najpiękniejszych w całej Europie. Zebrane ikony to dzieła z początku XV i końca XVIII wieku. Oprócz kolekcji ikon w tym samym miejscu miałyśmy możliwość obejrzenia kolekcji obrazów współczesnego malarza Zdzisława Beksińskiego.

Piąty dzień ( 9 maja) to już niestety ostatni dzień naszej wycieczki. Dzień powrotu do Warszawy, do naszych domów, do bliskich nam sercu. Za nim jednak spotkałyśmy się z Nimi, miałyśmy jeszcze trochę zwiedzania. Pierwszym punktem tego dnia to Łańcut - miasto położone na granicy Podgórza Rzeszowskiego i Pradoliny Podkarpackiej. Historia miasta sięga wczesnego średniowiecza i wiąże się bezpośrednio z królem Kazimierzem Wielkim. Nad miastem, na wzgórzu wznosi się zamek, który został wybudowany na prośbę Stanisława Lubomirskiego w latach 1629-1642. Historycy twierdzą, że to w ówczesnej Rzeczypospolitej najpiękniejsza rezydencja rodów arystokratycznych, takich jak Lubomirscy czy Potoccy. Nadmieniam, że zespół pałacowy jest otoczony malowniczym parkiem w stylu angielskim, w którym wznoszą się liczne pawilony i zabudowania gospodarcze, ściśle niegdyś związane z codziennym życiem tej łańcuckiej rezydencji. Wszystko to co do tej pory zwiedziłyśmy było dla nas bardzo piękne, aż do momentu... To właśnie - Storczykarnia. Tyle storczyków zgromadzonych w jednym miejscu to coś pięknego dla oczu spragnionych wzruszeń estetycznych. Ja, która o tym wszystkim piszę nie mogłam oderwać od nich oczu. Śmiało stwierdzam, że kto tego nie widział, jak tylko może niech jak najszybciej zobaczy. Zaręczam że warto. Natomiast drugim punktem tego dnia był Opatów miasto w województwie świętokrzyskim. W mieście tym zjadłyśmy zasłużony obiadek, a po obiedzie indywidualny czas wolny. Jedne z nas "poszły" zwiedzać miasto, inne "szukać" i kupować krówki (słynne krówki opatowskie), a jeszcze inne po prostu odpoczywały. Odpoczynek się należy. Droga z Opatowa do Warszawy minęła nam niepostrzeżenie szybko. Nim się zorientowałyśmy byłyśmy z powrotem przy urzędzie dzielnicy Warszawa Bemowo, gdzie kilka dni wcześniej zaczynała się nasza żonkilanek bieszczadzka przygoda.

 

Wasza Bogusia


  kliknij na obrazek by otworzyć galerię